grudnia 18, 2018

Gorszy moment

Gorszy moment

Czułam się podejrzanie dobrze przez zbyt długi czas.

Teraz powróciły złe myśli. Jestem przytłoczona i czuję, że muszę znaleźć natychmiast odpowiedź na dręczące mnie kwestie... To znaczy: teoretycznie wiem, że nie muszę. Ale jak to poczuć? Nie tylko wiedzieć, ale poczuć i zrozumieć?  Że na wiele rzeczy nie ma odpowiedzi?

Czuję chaos i sprzeczne wartości nie pozwalają odpocząć. Za dużo od siebie wymagam, znowu. Tak dużo stresu. Tak dużo emocji obcych osób, które tak mocno odczuwam, że już nie wiem, co ja sama czuję i sądzę. A może to tylko gorsze sampopoczucie fizyczne rzuca się na mózg? Tak bardzo chciałabym teraz czuć się lekko i uśmiechać szeroko, tak jak na fotografii z dziecińśtwa, być wesołą M. w czerwonej sukience. Taka naprawdę jestem: wesoła i zabawna. Ale nie dzisiaj, nie przez ostatni tydzień.

Wiem, że to przeminie i znów będzie dobrze.

Jest tak, jakby otoczyła mnie ciemnoszara chmura. Słabiej widzę kolory świata. Mocniej czuję trujące powietrze. Nie, to przesada. Mocniej czuję siebie - jakieś smutki i znów potrzebę bycia lepszą niż jestem. I tego, że nie wpisuję się w jakieś schematy. Wszystko jest szare, lekki niepokój, potrzeba odpowiedzi, potrzeba wpisania się w schemat, niepewność.

Taki to moment.

grudnia 07, 2018

Nie potrzebuję w życiu silnych emocji

Nie potrzebuję w życiu silnych emocji

Tych negatywnych zdecydowanie nie chcę. Żadnych dramatów, histerii, emocjonalnych szantaży, bólu i łez. Ale ostatnio zadziwiło mnie, bo okazało się, że równie problematyczne jest dla mnie radzenie sobie z nadmiarem pozytywnych zdarzeń. Z byciem na emocjonalnym haju. Takie dni zdarzają się co jakiś czas. Często wiąże się to z owulacją, a jednak czasem zupełnie nie. Dni, w których ludzie mnie kochają, niektórzy wręcz lecą na mnie (obie płcie), a ja mam ochotę założyć koszulkę z napisem "Lubię ludzi" i tulić się do każdego - ale to tak raz na kilka miesięcy lub rzadziej.

Wczoraj otrzymałam niesamowicie wiele pozytywnych wibracji z otoczenia. Od różnych osób. Zostałam zbombardowana przyjaźnią w realu, ale i mailowo, smsowo, messengerowo, telefonicznie, a nawet totalnie niespodziewanie kurier przywiózł mi prezent od koleżanki - trzy piękne obrazy jej autorstwa.

Kiedyś marzyłam o byciu duszą towarzystwa. Lubianą przez wszystkich, mega wesołą i elokwentną. Byłam wtedy nieśmiałą i zagubioną dziewczynką. Teraz, gdy jestem już inną kobietą... stwierdzam, że nie chcę być tą rozchwytywaną energetyzatorką otoczenia. Bycie uwielbianą nawet przez jeden dzień jest totalnie psychicznie wyczerpujące. Jest to dla mnie trudne dlatego, że jestem empatką – na przykład wyczuwam nastroje otoczenia, pochłaniam je jak gąbka –  a przede wszystkim stosunek ludzi do mnie. Wiem, kto mnie lubi, a kto tylko udaje, mówiąc słodkie słówka (najwięcej słodkich słów właśnie idzie od tych udawaczy), uciekam od nich, gdy tylko mogę. Nadmiar emocji z zewnątrz przytłacza mnie.

Kiedyś myślałam, że pragnę być duszą towarzystwa i że pragnę silnych wrażeń. Otóż zdecydowanie NIE. I jeszcze raz przekonuję się, że najlepiej wychodzę na tym, gdy nie tworzę sobie nierealnych marzeń i nierealnych wyobrażeń własnej osoby. Gdy poddaje się temu, jaka jestem naprawdę, godzę się na to. To droga, którą nie tak dawno odkryłam, ale która jest dla mnie najlepsza. Dla Ciebie może być zupełnie inaczej.

grudnia 03, 2018

Co jest metaforą Twojego życia?

Co jest metaforą Twojego życia?

Pośrodku ogrodu zawsze z końcem wiosny kwitły róże. Tuż obok  – pachnąca i pyszna mięta, a przy samym płocie – agrest. Krzewy, których nazw już nie pamiętam i być może nigdy nawet nie poznałam, dawały schronienie rozmaitym owadom, którym można było przyglądać się z nie mniejszą ciekawością niż roślinom. To kwiatowe królestwo to był tak zwany Pierwszy Ogród –  z przodu domu. Ten od frontowej ulicy, naprzeciwko cmentarza. Istniał jeszcze Drugi Ogród, ten za domem. Kraina pyszności. Rosły tu drzewka owocowe: jabłonie, śliwy. Stało kilka uli. Ale to, co najwspanialsze, było  – jak to bywa –  na samym końcu  – borówki!

Dwa Ogrody  – dwa cudowne światy, po których poruszać się można było od rana do wieczora. Jak miło było nadawać co fajniejszym roślinom imiona i wymyślać fantastyczne historie w cieniu drzew. Raj dla kilkulatki, którą wówczas byłam.

Wisienką na torcie była oranżeria na dachu garażu. Zapach cytrusów, ciepło, smak figi proso z drzewa  – to te dobre wspomnienia z dzieciństwa. Pierwsze 5 lat życia spędziłam wśród ogrodów.

I później bawiłam się w pseudopoetkę i porównywałam moje życie właśnie do ogrodu. Mam ochotę na zabawę w porównania albo metafory. Co jest metaforą Twojego życia?

Dla wielu ludzi metaforą życia może być na przykład walka. Hej, walcz ze słabościami, szybko uciekaj ze strefy komfortu, padłaś  – wstawaj  – poprawiaj koronę i zasuwaj! Dla innych życie może być ekscytującą przygodą, przejażdżką rollercoasterem, gdy nie ma przeżyć, wyjazdów, dzikich emocji, nie ma życia. Dla kogoś może być na przykład rzeką. Uczysz się, kiedy płynąć z nurtem, a kiedy pod prąd. Dla kogoś może być tym papierem toaletowym, długim i tak dalej...

Dla mnie jest ogrodem. Chyba jeszcze w liceum to wymyśliłam. Wiem, jaki podły cyniczny i w ogóle zły jest świat (a raczej ludzie), dlatego na przekór temu wszystkiemu tworzę sobie mój mały cudowny ogród, gdzie rośnie tylko to, co chcę. Najważniejsze Osoby, uczucia, rzeczy i czynności, które sprawiają przyjemność. Jestem dość wybredna, więc starannie selekcjonuję, jakie chcę rośliny i w którym miejscu. Zdarzało mi się wyrzucać niektóre rośliny, nie bałam się tego.

12 lat temu zapisałam w pamiętniku: "Moje życie uczuciowe to jedno wielkie... jeden wielki, ukwiecony - ale niestarannie ogród. Tu pną się jakieś dzikie róże (tak, w ogrodzie), tuż obok słonecznik, wrzosy, konwalie. Większość na swoim miejscu - aż miło popatrzeć, ale nieład, chaos, jaki wprowadzają niektóre gatunki, tworzy właśnie to wrażenie niestaranności. Ulegam namiętnościom  – co do tego nie ma wątpliwości."

Śmieszne, bo te namiętności były tylko w głowie (a nie cielesne) i śmieszne, bo nie wiem, jak mogłam postrzegać siebie kiedyś jako taką mega emocjonalną. Widocznie taka egzaltowana byłam. Kto był normalnym nasto- i 20-latkiem niech pierwszy rzuci kamieniem.

Porównywanie swojego życia do czegoś to taka zabawa, ale na usprawiedliwienie mam cytat (też odnaleziony w starym pamiętniku, ale pamiętałam o nim zawsze):

"Przesadna mowa zwykła kryć miernotę uczuć" – myślał, jak gdyby bogactwo ducha nie wyrażało się czasem przez puste zgoła metafory, gdyż nikt, nigdy, nie może dać dokładnej miary swych potrzeb, myśli i cierpień, a słowo ludzkie jest jak pęknięty kocioł, na którym wygrywamy melodie godne tańczącego niedźwiedzia, podczas gdy chcielibyśmy wzruszyć gwiazdy.
Gustave Flaubert, "Pani Bovary"

Na chwilę obecną kształt i zawartość mojego ogrodu bardzo mi odpowiada.
  

listopada 28, 2018

Analiza (Kibbe, kolorystyczna) urody kontra własny gust

Analiza (Kibbe, kolorystyczna) urody kontra własny gust

Szkic tej notki miałam już dawno, ale jakoś nie mogłam go rozwinąć. Myślałam, że nowe zdania same mi jakoś przywędrują do głowy, ale tak się nie stało. Chcę jednak posłać te myśli w świat - dla siebie samej. Kwestie wyglądu, tego, co pasuje, a co nie pasuje bardzo mnie zajmują hobbystycznie. Nigdy nie będę w nich ekspertką, bo nie jestem genialna w patrzeniu i ocenianiu po wyglądzie, ale zdecydowanie poprawiam własną percepcję dzięki różnorodnym modowym analizom. Zaczynamy!

Podążanie za włanym gustem w modzie, podążąnie ślepo za modą, czy analiza kolorsytyczna i Kibbe naraz?

Podążanie tylko za gustem to dla zuchwałych. Bardzo szanuję i podziwiam osoby, które wyglądowo idą wbrew wszelkim standardom. (Przy zachowaniu higieny itp. oczywistości). Ktoś wybiera codziennie strój jak z innej epoki. A ktoś inny codziennie mundurek: dżinsy i czarny T-shirt. Biję brawo na stojąco obu osobom. (Ale ekstremalne rzeczy jednak odpadają, komuś jest w super w całym ciele wytatutowanym i wypiercingowanym –  ok, jego sprawa, ale nie powiem, że to jest ładne).

Podążanie za modą będzie wyborem dla dwóch grup osób. Są ludzie, którzy nie zawracają sobie głowy ciuchami, a jednocześnie chcą (lub muszą) być na czasie. Idziemy do sklepu, kupujemy co trzeba, wracamy, nosimy.
Albo: jesteśmy modowymi freakami i po prostu chcemy mieć wszystko modne, bo tak. Jeśli przy tej drugiej opcji nie popadamy w pułapkę: nie ubiorę bo niemodne, szybko, szybko, kup więcej, kup więcej –  to jest spoko.

Analizy (kolorystyczna, Kibbe) są dla tych, którzy albo są kompletnie zagubieni i nie widzą, co by im pasowało, a co nie, nie umieją często nawet opisać dobrze sami siebie (tak, to możliwe). Drugą grupą odbiorców i entuzjastów analiz są ludzie, którzy... po prostu je kochają. Zawsze muszą znaleźć swoje miejsce na różnych skalach, nie tylko wyglądowych (kłaniają się też testy psychologiczne i pseudopsychologiczne). Trzecia grupa: osoby zainteresowane modą i wyglądem, ale nie czujące się ekspertami w danej dziedzinie, chcące posłuchać obiektywnych (tak, analizy są obiektywne) prawd i być może je wykorzystać. Osobiście jestem w drugiej jak i trzeciej grupie.

Mam pewien problem z tak prozaiczną kwestią jak ubrania. Otóż jestem gdzieś pomiędzy chęcią wpisywania się w schematy, a głosem serca. Schematy, systemy, diagnoza sylwetki (wg Kibbe – jest najlepsza), analiza kolorystyczna... One naprawdę tak ładnie pasują i dają człowiekowi odpocząć, przynoszą taką ulgę, ale to nie tylko o ulgę chodzi, tu chodzi o rację, tu chodzi o to, co jest prawdą. I tak po latach (haha) rozmyślań dochodzę do wniosku, że patrzenie można wyćwiczyć i że – choć wielu ładnym ludziom ładnie w wielu ubraniach, to jednak istnieje wzorzec np. jak dany typ urody będzie najkorzystniej wyglądał –  w jakich materiałach, jaka grubość, faktura, wzór, fason. Bo wzorce takie jak system Kibbe naprawdę działają.

(Przy okazji polecam czytać Kibbe w oryginale  – na facebooku można zapisać się d o grupy Strictly Kibbe. TEN BLOG też jest dobry. I kanały na youtube: Merriam Style Aly Art UWAGA! Kibbe nie ogranicza. Nie daj sobie wmówić, że jak jesteś Natural to nie możesz wyglądać elegancko, a jak jesteś Classic to tylko nuda w garsonkach. Możesz wyglądać jak chcesz - przy zachowaniu linii, proporcji, balansu Twojego typu... Jeszcze raz polecam wyżej wymienione źródła.)

Pogodzić się z tym, że system działa, a jednocześnie nadal uparcie twierdzić, że liczy się głos serca i można olewać te "nakazy"? No bo tak jest, można sobie wszystko olewać (oprócz miejsc, gdzie dress code obowiązuje, ale z biegiem lat dress code'y też się zmienią... Ile przecież można trwać w jakiejś "bo taka jest tradycja" mentalności?)

Ale jest też granica poza którą faktycznie wygląda się już źle i śmiesznie, harmonia jest zburzona, świątynia (albo chłopska kurza chatka) legła w gruzach, a jeśli chcesz je pozbierać, naprawdę warto zapoznać się z tym, co do czego pasuje. Bo harmonia w wyglądzie to fakt. Niezależnie od naszego pochodzenia, niezależnie od wychowania, pewne formy myślę, że wszyscy będziemy lubić, a innych nie. A nawet jeśli gdzieś w innej kulturze ludzie mają inne wzorce harmonii  – to nie szkodzi, żyjemy tu w naszej, nie jesteśmy w próżni, tak więc dostosujmy się, to ma sens, a zgrywanie buntownika liczy się tylko, gdy nim naprawdę jesteś, a nie.. a nie zgrywasz się właśnie, bo to... modne.

A więc: wpisywać się w systemy, czerpać z nich, co tylko się da, ale... dla siebie. System jest dla Ciebie, a nie Ty dla systemu. (Zakończmy banałem, który jednak warto sobie uświadomić).

PS Cudowny filmik o typach Kibbe na przykładzie... pluszowych misiów! Prowadząca zna się na rzeczy. (Jej analiza kolorystyczna może być kontrowersyjna, ale jeśli o Kibbe chodzi, ufam jej bardzo). Teddy Bear Kibbe Types!
 

listopada 21, 2018

Dlaczego cenię harmonię

Dlaczego cenię harmonię

Chaos czy harmonia? Co jest Twoją drogą? Dla mnie - jak w tytule.

Mogłabym pisać tu o starożytnej zasadzie "złotego środka", wgłębiać się w jakieś filozofie, ale w tej chwili nie mam naukowego (ani nawet hobbystycznego) przygotowania w tym kierunku. Pierwsze zdanie, które przychodzi mi w tym temacie to: jestem już tak skonstruowana.

Harmonia lub też równowaga musi odnosić się zarówno do mojego życia zewnętrznego, jak i tak zwanego wnętrza. Oto jej przejawy:

UBIÓR – wybierałam minimalizm jeszcze zanim to było modne. (Teraz już chyba i tak jest passe? Nie wiem, ale wybieram go nadal). Już jako kilkuletnia dziewczynka wiedziałam, że najlepiej wyglądam w prostych formach, nie przesadzając z dodatkami, z wzorami, z niczym. To łączy się z moim typem Kibbe – i cieszę się z tego. Najlepiej mi w kobiecym/dziewczęcym minimalizmie. Czyli prostocie z lekko stereotypowo kobiecymi dodatkami, akcentami, ale bez przegięcia. Żadna seksbomba, ale też nie boho nimfa, nie pani z biura, nie buntowniczka. Cudowna nijakość, która mnie wyraża. Jeśli myślisz: "spodnie", wybiorę ich archetyp, czyli zwykłe, proste. Gdy myślisz "bluzka", wybiorę dopasowaną lub luźniejszą, bez szaleństw. Dodam do tego delikatny łańcuszek. Albo niech bluzka ma koronkę, falbankę. I tylko tyle. (Oczywiście harmonię można też osiągnąć w szalonym stylu).

– 1 niepasujący element w ubiorze psuje u mnie cały efekt. Innym nadałby charakteru, a u mnie zaburza harmonię wyglądu - nie, żebym była jakąś posągową pięknością. Chodzi mi o to, że mam miły i spokojny wygląd, bez wyróżniających się cech szczególnych.

MAKIJAŻ – im jestem starsza, tym mniej się maluję. Kiedy jednak odstawiam się na wyjście to ważna jest harmonia – jeśli oko jest mocniej podkreślone, to usta tak samo. Żaden element twarzy nie może dominować, bo to wygląda u mnie dziwnie.

REGULARNY TRYB ŻYCIA – trochę pracy, trochę odpoczynku, zawsze porządne spanie (nie umiem funkcjonować w nocy), zawsze porządne najedzenie się. Niektórzy pracują szalonymi zrywami energii, zarywają kilka nocy, potem śpią od rana do południa. To nie dla mnie

PORZĄDEK W MIESZKANIU – kiepska ze mnie gospodyni i daleko mi do pedantki, ale... Większość rzeczy w domu musi być na swoim miejscu. Nie lubię zagraconych mieszkań, pozastawianych figurkami, zabałaganionych. Za to przyjemność sprawia mi samo patrzenie jak np. ktoś na youtubie sprząta.

OGRANICZANIE NIEZDROWEGO ŻARCIA – po nim psychika siada.

FORMA PRACY – trochę na siedząco, trochę na chodząco, trochę na stojąco i nie przed komputerem (na szczęście taką właśnie pracę mam).

OGRANICZANIE CZASU W INTERNETACH – bo źle mi to robi na mózg.

NA ILE MOGĘ, OGRANICZANIE KONTAKTÓW Z OSOBAMI WREDNYMI, DOMINUJĄCYMI LUB TOKSYCZNYMI – szczególnie też z takimi, którzy nie lubią spokojnych osób, nazywają je "dupami wołowymi" itp. Po prostu jesteśmy z innych planet.


Usystematyzowane, spokojne życie wcale mnie nie rozleniwia, nie ogranicza, nie nudzi, ale właśnie sprawia, że MI SIĘ CHCE. Jestem bardziej kreatywna i wesoła. A ja bardzo kocham być kreatywna i wesoła.

Wiem, że są ludzie, którzy idealnie funkcjonują w chaosie. Często też własną kreatywność tłumaczą chaosem – w bałaganie można przypadkiem na coś trafić, czymś się zainspirować. Często mają też chaos w szafach, a spokojne mieszkania i nijaki wygląd/ubiór odrzuca ich na kilometr.

Oczywiście jest też wiele innych opcji. Chaos i harmonię można sobie dozować w różnych dawkach, w różnych sferach życia. W przyrodzie też – z jednej strony chaos, z drugiej harmonia, kwestia spojrzenia i temat już raczej dla biologa.

A jak jest u Was?

listopada 04, 2018

Ta sama książka po latach

Ta sama książka po latach

Zmiana odbioru książki po latach... Które pozycje odbieracie inaczej? Które niegdyś ukochane skarby zmieniły się w nic nieznaczącą grafomanię? Albo, co gorsze (albo: lepsze, "hej, rozwijam się!) dostrzegliście w nich coś, co Was irytuje lub jest ewidentnie złe – rasizm, seksizm, te sprawy?

U mnie nie było wielu drastycznych zmian. Taka ciekawostka to wyrośnięcie z nastoletniej fascynacji wampirami w sosie Anne Rice. Pani Rice była prekursorką, jedną z inicjatorek tego całego ruchu uromantyczniania wampira, odejścia od przedstawiania wampira jako zimnego potwora w kulturze masowej. Tak, to było jeszcze przed czasami "Zmierzchu" i brokatowych wampirków do bania się i kochania ich jednocześnie. Jeszcze przed "Zmierzchem" bowiem nastolatki, ze mną w pierwszym szeregu, czciły swoich ulubieńców w postaci Lestata, Louisa i reszty wesołej (?) ferajny. Dziś "Wywiad z wampirem" uważam za ciekawą książkę o emocjach, robiącą dobrze komuś smutnemu i zagubionemu, niekoniecznie świetnie napisaną... A całą resztę "Kronik wampirów" pozostaje mi pominąć wymownym milczeniem. Albo nie! Muszę to napisać: Im dalej, tym gorzej. W moim odczuciu autorka po prostu upajała się postaciami - o jakie są wow i super, zamiast tworzyć logiczną fabułę czy jakiekolwiek napięcie (może jedynie seksualne – w wydaniu dla mało oczytanych nastolatek...). Książki przegadane o niczym. To takie powieści o idolach –  super postaciach – do upajania się nimi przez nastolatki.

"Anna Karenina"  – zaczęłam czytać w wieku 15 lat i po kilkunastu stronach nie podołałam. Nic mnie przy tej książce nie trzymało. Natomiast gdy sięgnęłam po nią ponownie w moich wczesnych latach 20, wreszcie zachwyciłam się i pojęłam geniusz Tołstoja. Musiałam dojrzeć.

"Wilk stepowy" – przeczytany ponownie w poprzednim roku  – po 7 latach. Wrażenia identyczne jak przy pierwszym czytaniu. Pierwsze 2/5 książki fascynujące, czyta się doskonale, postać tytułowego Wilka zaciekawia, a w jego przemyśleniach można odnaleźć trochę siebie – to fajnie aktywizuje mózg. Jednak kolejne 3/5 powieści, te bardziej przygodowe, nie dają mi już nic... Tak jak nie dały 7 lat temu.

"Wody głębokie jak niebo" – i teraz i 7 lat temu tak samo zachwyca mnie proza Brzezińskiej i piękno jej wyobraźni.

poezja Haliny Poświatowskiej – nierozumiana przez nastoletnią mnie, doceniona przez dorosłą...

"Czarnoksiężnik z Archipelagu" i "Przygoda z owcą"  – i teraz i 7 lat temu tak samo... nieciekawe. Nie rozumiem zachwytu I tomem pani Le Guin  (bo "Tehanu" jest już świetne, ale Czarnoksieżnik - no, nudny jest). A Murakami najpierw zaciekawia, a potem nic z tego nie wychodzi, takie niedopowiedzenie, które często lubię, ale tym razem nie kupuję.

"Wieczna wojna" – skończyłam w październiku, znów po 7 latach i... wrażenia są inne. Te 7 lat temu tak mocno czułam przeżycia bohatera - miałam wrażenie, że poczucie beznadziei, nieuchronności tego, że "nie ma już powrotu do domu" zapętla się wokół mnie tak mocno jak wokół Williama Mandelli. A jego związek z Marygay, och, jak ja to przeżywałam. (Nadal podoba mi się podkreślenie ich relacji-więzi zamiast epatowania emocjami). Wielu naukowych pojęć związanych z podróżami kosmicznymi nie rozumiałam (czytałam książkę w oryginale i nie chciało mi się sprawdzać w słowniku), opisy bitew mnie nużyły (normalka), ale książkę zaliczyłam w poczet moich absolutnych 10 hitów życia.

Natomiast teraz nie czuję tego, co 7 lat temu. Większą uwagę zwróciłam nie na poczucie beznadziei i związek z Marygay, a na społeczne zmiany, które zachodzą "w domu" i czekają na żołnierzy wracających z frontu... Tym większe, że front to przestrzeń gdzieś w kosmosie, a na ziemi mijają dziesiątki, a nawet setki lat. Samo zjawisko wojny – nieodłącznego towarzysza ludzkości – ukazanej z całym jej... nie okrucieństwem, nie bezsensem... po prostu: szczerze, z całą prawdą. Tym razem zrozumiałam też więcej pojęć związanych z military sci-fi. Nie czułam tej magii (to złe słowo przy opisywaniu sci-fi, ale dobrze oddaje moje uczucia), co przy czytaniu po raz pierwszy. Może dlatego, że wiedziałam, czego się spodziewać. Nadal czytało się dobrze, ale teraz nie uważam, by była to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Oczywiście będę polecąć jako ambitne sci-fi, nieskupiające się tylko na opisach walk.

A Wy – jakie książki odebraliście po latach inaczej? Co w nich odkryliście?



października 29, 2018

Czy Twoje życie jest walką?

Czy Twoje życie jest walką?

Czytałam wywiad z reżyserem "Ataku paniki" (filmu nie widziałam) i znów padło to frapujące mnie porównanie życia do walki. Zdaniem artysty życie i związki stanowią wyzwania, musi być trudno, musi boleć, musi być walka - to nie dosłowny cytat, ale moja synteza. Z jednej strony daje mi to lepsze zrozumienie świata, zgadzam się, że czasem powalczyć trzeba, a może nawet czasem warto, choć nie trzeba. Jednak z drugiej strony, ja nie jestem typem urodzonej wojowniczki, amazonki, czy innej Wonder Woman (jeśli już to wpisałabym się w skład teamu z Sailor Moon  – dziewczyna ze zwykłym życiem, oprócz tego życia walcząca z jakimiś demonami, niekoniecznie sama będąca w stanie sobie z nimi poradzić  – ale od czego są przyjaciółki-współwojowniczki  – przymknijmy oko, że jestem ponad 2 razy starsza niż postaci z tego anime...). Największe zmiany w moim życiu nigdy nie nastąpiły dzięki walce. (W Twoim być może wręcz przeciwnie).

Owszem, mogę przyjąć wojowiczą perspektywę i postawę w pewnych sytuacjach. Bardzo rzadko tak robię. Jeśli już robię, to z wielkim hukiem – czasem się opłaca, czasem nie. Niekiedy mam z tego ubaw, czasem prawdziwą przyjemność i satysfakcję, jaka to byłam ostra! Ale – no właśnie  czasem. No więc, ok, przyjmuję ten punkt widzenia. Ale w takim razie, czy druga osoba  – ten urodzony wojownik/wojowniczka zgodzi się ze mną, że czasami trzeba odpuścić, wąchać kwiatki, cieszyć się słoneczkiem i tym, że wszystko w dużej mierze układa się samo? Że nie warto walczyć o coś, czego i tak nie dostaniemy, tfu, może dostaniemy, ale wyszarpnąwszy to krwawiacą dłonią przy resztce sił? Czy ktoś z perspektywą wojownika zgodzi się ze mną, że są sytuacje, gdy walka nie ma sensu? Na ile się zgodzi? Czy możemy spotkać się kiedykolwiek na jednej łące, gdzie on będzie wąchał kwiatki, a ja pokonam wroga ciosem dzikiego żurawia? Czy to możliwe, czy to spotkanie to czysta fantazja? Jeśli to fantazja, to mówienie z całym zdecydowaniem, że w życiu jest trudno i że musi boleć jest bardzo jednostronnym spojrzeniem.

Zaprzeczaniem rzeczywistości wcale nie jest mówienie "ojej, świat jest taki zły, powinien być mniej brutalny!" To zdanie jest o tyle zaprzeczeniem, o ile jest nim twierdzenie, że "zawsze musi boleć". Znów - balans, harmonia jako sens. Ale przecież nie dla każdego! Subiektywność daje mi dużo dobrego, bo dla mnie zawsze lepiej, gdy tym "dla mnie" się kieruję. Oczywiście "dla mnie" nie oznacza tu akurat skrajnego egoizmu, tylko założenie, że skoro dla mnie brutalność jest nieprzyjemna, wcale nie muszę się na nią uodparniać. Mogę po prostu przyjąć, że np. w przyrodzie jest jak jest, że wojny są i będą, ale bez znieczulania się na to - tylko propagować wizję świata pełnego wzajemnego szacunku i życzliwości. Coś jak piosenka "Imagine", której ludzie postrzegający życie jako walkę szczerze nie trawią.

Usłyszałam ostatnio, że kultura i wywodzące się z niej tłumienie brutalności (przyzwolenie ma tylko w określonych ściśle sytuacjach i według określonych reguł) wcale nie stoi w opozycji do ewolucji. Kultura jest kolejnym etapem ewolucji, metodą przystosowania się do zmian w otoczeniu.

Z kolei w artykule w Polityce na temat narzekania przeczytałam, (choć nie musiałam tego czytać, by o tym wiedzieć, ale fajnie, że też ludzie naukowo zgłębiający temat to potwierdzili), że w naszej kulturze ludzi pokojowo nastawionych i przyjaźnie mówiących o świecie nazywa się głupcami i naiwniakami. Natomiast ci, co narzekają, o, jakie oni mają trzeźwe spojrzenie!

Kocham ludzi tak łagodnych, niebrutalnych, szczerze życzliwych i miłych, wręcz powalają mnie na kolana. Ale dla większości raczej są takimi "Idiotami" jak u Dostojewskiego... Ale uwielbiam też wojowników, nie tych pchających się bez sensu z pięściami, tylko tych, którzy wiedzą, kiedy trzeba zastosować przymus. Łagodność na zewnątrz, a moc w środku - to zachwycające połączenie.

Gorszy moment

Czułam się podejrzanie dobrze przez zbyt długi czas. Teraz powróciły złe myśli. Jestem przytłoczona i czuję, że muszę znaleźć natychmia...

Copyright © 2016 mayowe chmury , Blogger