kwietnia 10, 2019

Bardzo złe i bardzo dobre doznania z ostatniego tygodnia

Bardzo złe i bardzo dobre doznania z ostatniego tygodnia

Bardzo złe doznanie to mieć obcierające do krwi Conversy. Dam im jeszcze szansę za jakiś czas, może pomogą wkładki żelowe, wkleję je w środku butów.

Bardzo złe doznanie to bycie nieszanowanym za wykonywaną pracę, traktowanym jak niewolnik do wykonywania miliona czynności, których teoretycznie osoba z danym wykształceniem wykonywać nie powinna. To bardzo złe, gdy TRZEBA pomagać w pracy pracownikom fizycznym różnego rodzaju, gdy Tobie w pracy intelektualnej nie pomoże przecież nikt...

To bardzo złe doznanie, gdy pyskate, głupie osoby cenione są bardziej niż ci, którzy rzetelnie (a nawet nie tylko rzetelenie, ale fajnie i kreatywnie, o!) wykonują swoją pracę.

To bardzo złe doznanie, gdy coś w zębach nie gra, albo plomba się rusza albo się nadłamała i trzeba zapisać się do dentysty.

To bardzo złe doznanie mieć pms i postrzegać ulubione ubrania, perfumy itp. rzeczy jako niefajne.

To bardzo złe doznanie być tak zmęcznonym, by nie móc skupić się na książce.

To bardzo złe doznanie budzić się co noc ok. 4.00  i nie móc zasnąć przez ok. godzinę.

To bardzo złe doznanie, gdy w nocy boli żołądek.

Zawsze złym doznaniem jest kontakt z pseudosłodką osobą, która tak naprawdę Cię nie znosi, a udaje, że lubi i że "och, nie mamy  nigdy czasu porozmawiać, jaka szkoda".


Bardzo dobre doznanie to powrót do dawnego hobby i testowanie nowych zapachów.

Bardzo dobre doznanie to jedzenie czekolady i picie kawy po pracy.

Bardzo dobre doznanie to, gdy Twoi uczniowie czegoś się nauczyli i z radością Ci to prezentują, tak sami z siebie!

MEGAdobre doznanie to mieć kilka megaosób, które Cię uwielbiają.

Bardzo dobre doznanie to strajk nauczycieli (BRAWO!), oby potrwał jak najdłużej (złe doznanie jest takie, że jednak odbywają się egzaminy).

Bardzo dobre doznanie to iść i wracać do pracy przez las!

Bardzo dobre doznanie to widzieć po drodze z pracy kwitnące magnolie!

Bardzo dobre doznanie to mieć umyte i pachnące włosy i pisać pamiętnik na ulubionym kocyku.

Bardzo dobre doznanie to odważnie wyrażać własne uczucia  te bardzo złe i te bardzo dobre.


marca 26, 2019

W co ubiera się i czym pachnie moja odwaga?

W co ubiera się i czym pachnie moja odwaga?

Znalazłam bardzo inspirujący kanał o prowadzeniu pamiętnika: Overall Adventures
Ta youtuberka działa na mnie zarówno uspokajająco jak i mobilizująco - ciekawe połączenie. Daje takie ukojenie, ale nie rozmemłanie, tylko spokojną stabilność połączoną z chęcią do bycia kreatywną.
Zainspirowana jej vlogiem o odwadze: Confidence (courage), przeprowadziłam sobie ćwiczenie w wyobraźni i moja własna (na miarę moich potrzeb i możliwości) odwaga prezentuje się tak:

Ubiera się w luźne bluzy sportowe albo T-shirty z zabawnymi nadrukami do dżinsów i trampek. Proste, niestylizowane (poza odżywką lub balsamem na końcówki) włosy długości do obojczyków są zawsze ładne i błyszczące, puszczone luźno lub spięte w koński ogon. Odwaga nie maluje ani ust, ani rzęs ani paznokci (te są zawsze krótko obcięte). Nie używa typowego podkładu (wystarczy puder lub podkład mineralny). Nie przejmuje się trendami okołowyglądowymi, a już na pewno nie makijażowymi. Stoi zawsze prosto, ciężar ciała równomiernie rozłożony na obu nogach, dłonie otwarte. Porusza się nie za wolno i nie za szybko. Jej głos jest łagodny i spokojny, ale jednocześnie stanowczy i nie za wysoki.

Nie boi się wyrażać swojego zdania, ale też nie gada bez sensu tylko po to, żeby sobie pogadać. Dużo się uśmiecha. Nie boi się zajmować przestrzeni  np. swoim ciałem czy przedmiotami (torbą, swetrem itp.) - każdy pokój, w którym się znajdzie, każda sala czy budynek to jej komnata koronacyjna. ;) To, że jest królową nie znaczy, że zadziera nosa – rozmawia miło z każdym. Potrafi mówić o swoich wadach, słabościach, niedoskonałościach w zaufanym gronie. Nie boi się przyznać do błędu, przeprosić, wyciągnąć jako pierwsza rękę na zgodę. Nie boi się też wyznawać ludziom pozytywnych uczuć, chętnie prawi komplementy (prawdziwe!) Osoby, które bardzo lubi, chętnie przytula, a zarazem nie pozwala dotykać się obcym ani pseudosłodkim pseudokoleżankom z pracy. ;) Odwaga bardzo dużo czasu poświęca na cieszenie się życiem. :) To nie znaczy, że leży na plaży przez połowę roku! Uwielbia swoją pracę, ale uwielbia też leżeć przed telewizorem z serialem albo spotykać się z przyjaciółmi. Chętnie uczy się nowych rzeczy, również od ludzi z jej otoczenia (odważnie przynaje, że są w pewnych rzeczach od niej lepsi). Potrafi też zadziałać, zareagować wtedy, gdy nikt inny nie chce się wychylić.

Aha! Pachnie jak powietrze po deszczu albo las w deszczu albo perfumy Mitsouko edp albo po prostu pachnie jej naga skóra. ;) Pije whisky bez dodatków (!) Słucha takiej muzyki, na jaką ma ochotę w danej chwili. Wybiera sobie to, co lubi, zarówno z tzw. kultury wysokiej jak i z kiczu. ;)

Jak wygląda Wasza odwaga? (Przedtem obejrzyjcie ww. vloga).

marca 19, 2019

Nie jestem poważną osobą i nie chcę nią być

Nie jestem poważną osobą i nie chcę nią być

Jako mała dziewczynka czułam się emocjonalnie i intelektualnie dojrzalsza od rówieśników. No cóż, taka właśnie byłam. ;) Zdolna, szybko ucząca się i bardzo wrażliwa. Za to społecznie i towarzysko pozostawałam za nimi daleko w tyle. Za czasów późno-nastoletnich natomiast po raz pierwszy chyba poczułam, że dojrzała nie jestem. Powoli zaczęło wychodzić na jaw, że jestem dziecinna. I wcale nie chodzi o jakieś żałosne "bawienie się w dorosłość" typu pierwszy alkohol. Chodzi o prawdziwą dorosłość i powagę, a raczej jej brak u mnie. W tym wieku widać (u niektórych o wiele wcześniej) takie już pewne kształtujące się stałe zarysy osobowości.

Kiedykolwiek starałam się być poważna lub stworzyć coś poważnego w moim mniemaniu, wychodziło tylko żałośnie. Kiedyś mnie wręcz zabolało, gdy próbowałam znaleźć poważne, odpowiednie słowa, by pocieszyć pewną osobę, a ta odparła bym zostawiła ją w spokoju i cieszyła się moim kolorowym życiem. Nie umiem nawet rysować na poważnie - najlepiej czuję się w dziwnych abstrakcjach albo rysunkach jak z książek dla dzieci (to, że mój poziom super nie jest, to inna sprawa;)). Moje takie poważne wiersze z czasów wczesno-20-lentich są równie żenujące jak pewne "utwory" pewnego poety opiewające wypadek w Smoleńsku... Moja praca magisterska jest tak bardzo poważna, niesamowicie przemyślana i nawet pomysłowa, ale, no, nudna. Wtedy miałam ciśnienie na pokazanie się od takiej analitycznej, mądrej strony (trochę też było trzeba, ale ciśnienie pochodziło też ze mnie, nie tylko z zewnątrz). To nie jest moja droga. ;)

Moją drogą są na ten przykład miłe i zabawne rysunki, uśmiech nawet przy trudnych sytuacjach (ludzie tak często mówią, że ja się śmieję, gdy nawet tego nie zauważam...), celne i zabawne komentarze, wprowadzanie miłej atmosfery to wszystko przychodzi mi naturalnie, nieświadomie, a jest bardzo dużą siłą, z której zamierzam korzystać. Nie będę udawać megapoważnej i megamądrej osoby. Tak samo, jak nie będę udawać walecznej, dominującej, superzaradnej albo supergospodyni. Trzeba pogodzić się z faktem bycia niepoważną i cieszyć się z tego.

Nie wiem, jak mogłam dać światu wmówić sobie, że mam być poważna. To znaczy, wiem, jak to się stało, normalna sprawa, każdy jakoś się wkręca w pewne społeczne schematy, bez pomyślunku albo ze słabości, ale ja nie mam już ochoty dalej słuchać takich głupot. Tak samo, jak niepotrzebnie dałam sobie wmówić, że trzeba być przebojowym, superwygadanym, umieć się sprzedać. "Ja nie wierzę w takie brednie"–  jak głosi pewna głupia piosenka. ;)

W tej chwili mam ochotę jak najdłużej pozostawać w stanie niepowagi. Świadomy wybór tego stanu (bo jednak czasami to jest pewien wysiłek, by wejść w ten stan, ale taki wysiłek podejmować akurat bardzo chcę) to coś, co daje bardzo dużo radości. A w tej chwili o radość mi chodzi. Jeśli mam o coś już walczyć, to chcę walczyć o radość. A pozwolenie sobie samej na brak powagi, na głupoty i nawet na bycie czasami żenującą, jest... bardzo wyzwalające. Polecam, Maya.

lutego 20, 2019

Niedobrze mi od narzekania

Niedobrze mi od narzekania


Przy każdym człowieku czuję się inaczej, niby oczywiste, ale jednak fakt mocnego wyłapywania i określania różnoludzkich vibów uważam za jedną z moich cech szczególnych. Ludzie kojarzą mi się z kolorami, piosenkami, a nawet widzę ich w konkretnych rolach filmowych. Mogłabym też do każdej osoby dopisać mentalnie, ile minut, godzin lub dni jestem w stanie z nimi egzystować bez obciążenia psychicznego. W magicznych przypadkach jestem w stanie dopisać całe życie. Ot, taka dziwna cecha osoby w ludziach megawybrednej (jedni są wybredni w jedzeniu, inni w ludziach, to wrodzone chyba i ma to swoje wady, ale i zalety), acz z założenia przyjaznej każdemu. Niefajnych osobników bojkotuję poprzez unikanie jak tylko jest to możliwe. Niestety, zwłaszcza w pracy, czasem to niewykonalne.

Nasłuchałam się ostatnio narzekań i obgadywania. Niedobrze mi od tego. Autentycznie mam ochotę wyjść i zostawić te wredne osoby w swoim brudnym bajorku. Rozumiem konstruktywną krytykę (nawet, jak boli), rozumiem też, że można sobie ponarzekać na źle wykonywane obowiązki przez koleżankę zza ściany. Bo faktycznie ona może być kiepska. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu i można wprost w zaufanym gronie nazwać kogoś leniwym czy głupim (a nawet nie wahać się użyć wulgaryzmów, przecież to normalne). Ale mentalne sfokusowanie na doszukiwanie się niedoskonałości w innych na każdym kroku, mówienie o nich z emfazą i zawsze, ale to zawsze przy tym podkreślanie, że samemu jest się w danej kwestii takim kryształowym (zabawne, gdy to dotyczy tak prozaicznych rzeczy, jak zaniesienie do kuchni brudnego talerza)... sprawia, że mi niedobrze. Co takiego jest w mózgu osób, które każdą prawie rozmowę w pracy sprowadzają do obrabiania dupy innym? Nie chcę wchodzić im w te mózgi, nie chcę tych ludzi nawet analizować. Być może to nieszczęśliwe robaczki skrzywdzone w dzieciństwie, ale jednak w większości przypadków to po prostu wredne ludzie, na których szkoda czasu.

Ciekawe i bardzo ważne odnotowania jest też to, że gdy sama sobie narzekam albo poświęcam na to papier (dużo stron zapisanych w jakimś zeszycie), to wcale za bardzo mi nie pomaga. Czasami trzeba przenieść na papier ten cały negatywizm, ale jest granica, której przekroczenie powoduje tylko eskalację niezadowolenia zamiast uwolnienia. To odkryłam bardzo niedawno.

Postawiłam w tym roku na megadbanie o moje dobre samopoczucie. Chcę być taką, jaką byłam będąc 4-5 letnia dziewczynką (wesołą, otwartą na ludzi, szczęśliwą i z wielką wyobraźnią) plus oczywiście z całą moją wiedzą życiową (wow!) zdobywaną przez ponad 3 dekady. Zabawne połączenie, ale ma sens. Ostatnio złapałam się na tym, jak szybko udało mi się otrząsnąć z przeżycia, które jeszcze rok temu martwiłoby mnie długo. Gdy tylko mogę, chcę głosić (poprzez bycie taką pozytywną osobą  – to nie jest jakaś poza, to po prostu ja) miłość, przyjaźń, uśmiech, radość. W świecie, gdzie inne wartości są na czasie, mój głos może wydawać się naiwny, ale nie dbam o zdanie ludzi głupich.

Nie chcę przyczyniać się do rosnącej burzy narzekań i doszukiwania się fatalności w totalnych pierdołach. Ludzie lubujący się w tym wydają mi się nieatrakcyjni. Wolę szukać wyjątkowych, fajnych mocy. No, chyba, że chodzi o poważne sprawy, jak np. nasz polski rząd. Tu narzekać trzeba.



lutego 13, 2019

PMS istnieje i ma się (aż za) dobrze.

PMS istnieje i ma się (aż za) dobrze.

Od czasu do czasu można natknąć się na artykuły, że PMS to tak naprawdę wymysł kobiet, które usprawiedliwiają swoje "takie przecież och typowo kobiece" zdenerwowanie czy "fochy", zrzucając winę na hormony. Albo wmawiają sobie objawy na zasadzie placebo, a gdyby nikt im o PMSie nie powiedział, czułyby się "normalnie". Może dotyczy to promila kobiet. Ja zdecydowanie mocno odczuwam przedmiesiączkowe napięcie.

Od kilku lat wiem aż za dobrze nie tylko, kiedy zbliża się okres, ale i owulacja. Kiedyś tak nie miałam. Teraz jednak po szeregu specyficznych psychicznych objawów – bo te są o wiele mocniejsze niż jakieś drobne fizyczne niedogodności – bezbłędnie diagnozuję nadchodzącą miesiączkę.

Mam ochotę sprzątać mieszkanie, układać ubrania w szafie, zwijać zimowe szaliki w estetyczne rulony, a czapki ustawiać pionowo jedna przy drugiej – tak pięknie nie ma nawet w reklamach! Segreguję papierszyska w biurku, wyrzucam niepotrzebne strony, a nawet ludzi (!!!) z facebooka. Po prostu nie mogę znieść chaosu. Często ten chaos faktycznie i obiektywnie chaosem nie jest, ale nawet drobiazgi mnie wówczas irytują.

Nic mi się nie podoba  – i to dotyczy najczęściej rzeczy, które ostatnio w jakiś sposób były dla mnie ważne. Czasem ukochane perfumy zaczynają śmierdzieć, a w ogóle to przecież są takie pospolite i jak w ogóle można pachnieć czymś tak źle skomponowanym? Mam ochotę pozbywać się ich, a przynajmniej upchnąć w najgłębszy kąt szafy. Czasem to są ubrania – wynajduję na każdych oznaki zniszczenia, a w ogóle jak można nosić takie nudne stroje, jak jakaś grzeczna dziewczynka, bez odrobiny szaleństwa (ha, ale ja przecież jestem grzeczną dziewczynką)? Jak można tak się ubierać... Czasami to są obrazy – jak mogę ozdabiać mieszkania takim kiczem? Ja w ogóle nie wiem, co to jest sztuka. Podobają mi się rysunki miłe i słodkie, toż to totalny kicz i bezguście... Czasem po prostu złoszczę się trochę na najbliższe osoby. A czasem, w zasadzie – najczęściej – złoszczę się mocno na siebie samą, wyszukując milion wad, w większości absurdalnych. Pojawiają się też irracjonalne myśli dotyczące jakichś wspomnień, a ściślej: niedociągnięć z przeszłości. i wówczas, pomimo obiektywnej znajomości sytuacji (to hormony) i tak czuję się źle. Szkoda, że nie ma dziś w miarę neutralnego dla organizmu sposobu na wyłączenie tych myśli.


Hormony nami rządzą. (PMS, nawet silny, jeszcze ujdzie. Gorzej, jak te hormony czy jakieś inne zawirowania w mózgu sprawiają, że ludziom odechciewa się życia, więc z niego faktycznie rezygnują. Przykre, gdy jakieś drobne z pozoru usterki w tej maszynie – ludzkim ciele – prowadzą do tragedii).

niekończące się fale
przemiłego kocyka
nie ochronią
najczulsze słowa
przyjaciółki
nie pomogą
najmilsze pocałunki
jedynego męża
nie uratują
przed przedokresową chandrą

lutego 11, 2019

Małe rzeczy i czynności, które cieszą zimą

Małe rzeczy i czynności, które cieszą zimą

Nienawidzę zimy, mogłabym zapaść w sen po odwiedzeniu grobów 2 listopada i obudzić się z końcem kwietnia. Nie lubię też moich złych  nastrojów, choć niby wiem, że są ważne, bo nie da się być wiecznie wesołym, to chore zresztą. Postanawiam więc opisać w tej notce miłe rzeczy, które pokonują złą zimę i złe nastroje. To będzie też taki meldunek: wykonuję wyznaczone zadanie dawania sobie jak najwięcej czasu na przyjemności, pozorne nicnierobienie, jak najwięcej odpoczynku. To był wyjątkowo mądry pomysł.

Oto te kilka wybranych miłych rzeczy i czynności.

Kocyk w kolorze morskim z mikrofibry – żaden inny już mnie nie cieszy, żaden inny mnie tak miło nie dotyka. Mam już dwa, takie same. Jeden do okrywania się w czasie oglądania filmów i seriali, a drugi jako narzuta w sypialni. Nie umiem bez nich żyć.

Rysowanie dla przyjemności –   bez żadnych zasad, bez perspektywy, nieodwzorowywanie niczego poza obrazami w mojej głowie. Prowadzenie linii i kolorów bez ustalonych wcześniej schematów. Niesamowite odstresowanie i wielka przyjemność. Kolor i nastrój ważniejszy niż forma, jak to u kolorystów było. Taką sobie kiepską kolorystko-abstakcjonistką jestem, ale za to jaką szczęśliwą. (Oprócz tego staram się też szkicować w szkicowniku zwykłe rzeczy, żeby nauczyć się jednak choć troche "normalnie" rysować).

Pisanie ręczne pomaga zawsze i na wszystko. Porządkuje myśli i sprawia fizyczną przyjemność.

Ubrania w kotki i śmieszne napisy  potrafią poprawić humor w poniedziałek o 6.15

Czekolada i kawa po pracy przy komputerze w pustym domu – LUKSUS!

Dekorowanie domu obrazkami i plakatami – miłymi, pasującymi do mnie i do wnętrza.  Upiększanie przestrzeni życiowej tak bardzo mnie cieszy.

Czytanie poezji (i tworzenie jej) – gdy po ciężkim dniu nie mam siły na zagłębianie się w długą powieść, na krótką emocję zawartą w wierszu siła znajdzie się zawsze. A tworzenie w nawiasie, bo to takie tylko dla mnie samej, te banalne "wyrażenie siebie" – pod wpływem jakiegoś uczucia, przeżycia, wrażenia.

Słuchanie piosenek, które mnie wyrażają – bardzo uspokaja.

Oglądanie najbardziej satysfakcjonujących maszyn (KLIK!) na youtube – najlepiej z ich dźwiękami –  uspokaja jeszcze bardziej.

Przyjemności związane z cielesnością i dotykiem  – różne, nie tylko seks.

Gdy tylko mogę, a nawet jak nie mogę, to chcę, tak bardzo chcę poświęcać jak najwięcej, tak naprawdę jak najwięcej, jak tylko się da, czasu na takie hedonizmy. Na hedonizmy, na głupoty i śmieszne rzeczy. W pracy staram się być bardzo dobra w tym co robię, ale też odpuszczam o wiele więcej niż przyszłoby mi do głowy jakieś 5 lat temu. A w życiu poza pracą (które bez pracy nie ma sensu, ale to temat na inną notkę) –   totalny luz. Mam problemy z tym luzem, dlatego muszę właśnie dbać o siebie i dogadzać sobie bardziej niż np. osoby z natury niemające z tym problemów.

Chcę zakochać się w tych prostych przyjemnościach. I przede wszystkim – zakochać się we własnej przeciętności.








stycznia 11, 2019

Doskonałość jest straszna.

Doskonałość jest straszna.

"Doskonałość jest straszna. Nie może mieć potomstwa." ("Perfection is terrible. It cannot have children").  Napisała tak poetka-samobójczyni Sylvia Plath.

Te dwa zdania wywarły na mnie wrażenie. Doskonałość jest końcem samym w sobie, ostateczną formą, której nie da się zmienić i nie ma po co zmieniać. Do niczego już nie inspiruje, nie prowokuje do dalszego myślenia... Niedoskonałość inspiruje, bo widać, co można poprawić, zachęca do starania się. No właśnie, ale skoro to robi, to znaczy, że MUSIMY się starać, że mamy jednak do tej doskonałości dążyć. Gdzie znaleźć balans pomiędzy koniecznością starania się, a ulgą, że już nie musimy? Może ulgą powinien być sam fakt, że mamy siły i możliwości, żeby się starać. Może to, że nie musimy wcale nie jest ulgą? Jest raczej... nudą. Chodzi o to, by "muszę" zamienić na "chcę", że tak to po kołczingowsku ujmę, ale to ma sens.

Inna myśl: skoro niedoskonałość inspiruje do szukania doskonałości, a doskonałość jest straszna, jest końcem i śmiercią bez potomostwa... Czy to znaczy, że śmierć jest celem tego wszystkiego? W dziwną stronę już zaprowadziły mnie te rozważania.

A Bóg? Jeśli jest doskonałością, to znaczy, że jest końcem i już nic nie stworzy ("Bóg umarł")? A jeśli "żyje" i tworzy, to jest bytem niedoskonałym, stale uczącym się? I takie teorie przecież od wieków istnieją... Bóg jako artysta udoskanalający swój warsztat. Zaczął od form najproszych. Co stworzy po człowieku?

Doskonałość często jest umowna –  różne wzorce piękna w różnych czasach i różnych kulturach. Często, a raczej prawie zawsze jest i tak nieosiągalnym ideałem. Czy na pewno ideałem? Śmierć jest ideałem? Stan, gdzie niczego już nie warto robić, niczego nie zmieniać jest celem naszego życia? Nie!

Najfajniejsze jest właśnie staranie się, działanie, udoskonalanie się - ze świadomością, że doskonałość to tylko jakiś tam wymysł, którego i tak się nie osiągnie, więc nie ma co się nią przejmować. Ona jest często nawet nie tyle nieosiągalnym ideałem, co iluzją. Gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu, jak było we Wiedźminie.

Dla mnie osobiście takie znalezienie balansu pomiędzy staraniem się a odpuszczeniem sobie to jedno z życiowych wyzwań. Teraz czuję, że staranie się samo w sobie jest fajne i niestresujące (a to ważnie, bo ja nie mogę mieć w życiu za wiele stresu) DLA MNIE tylko wtedy, gdy:

- wynika z moich CHĘCI a nie zewnętrznego przymusu
- nie jest walką, tylko spokojnym rozwojem, udoskonalaniem
- wynika tylko z tego, co sama uznam za ważne, nie słuchając się innych

Pamiętając o tych wyżej wymienionych 3 sprawach, chcę zakochać się w niedoskonałości. Czyli: polubienie niedoskonałości plus działanie, by się poprawić, ale tylko na wyżej wymienionych warunkach. To balans, o który mi chodzi. To balans, który daje mi ULGĘ, ale bez poczucia, że osiadam na laurach. Spokojne dążenie do lepszego - bez ostrej walki. Dążenie do lepszego, a nie do doskonałego. Zdecydowanie nie chcę wpaść do stawu z zachwytu nad odbiciem gwiazd. Utopić się nie utopię, ale nienawidzę zimnej wody i niespodziewanych, negatywnych zwrotów akcji.


Bardzo złe i bardzo dobre doznania z ostatniego tygodnia

Bardzo złe doznanie to mieć obcierające do krwi Conversy. Dam im jeszcze szansę za jakiś czas, może pomogą wkładki żelowe, wkleję je w ...

Copyright © 2016 mayowe chmury , Blogger